Wystawa ,,Etiuda na obraz i życie” 11.12.2021-31.01.2022

07.12.2021

  Andrzej Fogtt

„Etiuda na obraz i życie”

Etiuda

Etiuda to krótki utwór w sztuce, mający na celu doskonalenie stylu (literackiego, gry aktorskiej, techniki malarskiej itp.).1 Termin kojarzony jest jednak głównie z muzyką. W niektórych rodzajach dzieł muzycznych etiudą nazywa się pełnowartościowe dzieło, kiedy jest ona utworem ćwiczącym walory techniczne pianisty, jak również dziełem popisowym.

W jakim znaczeniu użył tego terminu Autor wystawy?

Myślę, że nauka i sztuka realizują ten sam cel, a jest nim odwieczna potrzeba rozpoznania rzeczywistości. Proces tego rozpoznania przebiega inaczej w obu obszarach, cel wszelako pozostaje identyczny. Domeną sztuki jest intuicja (ale czy bez niej osiągnięto by cokolwiek w nauce?), rozpoznanie zmysłowe, bazujące wszakże na wiedzy artysty, jego wyobrażeniu świata. Einstein pisał2, iż poeci i artyści bliżsi są owego „rozpoznania”, niż naukowcy metodycznie badający procesy fizyczne zachodzące w widzialnej i niewidzialnej przestrzeni. Malarstwo też zajmuje się przestrzenią, próbując ją nie tylko poznawać, ale też organizować.

W obu obszarach – sztuce i nauce – kluczową rolę odgrywa wyobraźnia. Przywołam tu znane powiedzenie Alberta Einsteina: „Wyobraźnia jest ważniejsza od wiedzy, która jest ograniczona”.

Etiudą jest więc prezentacja wybranych przez Autora realizacji malarskich. Pochodzą one z różnych okresów, reprezentują różne cykle, stanowią wszakże pewną całość opowiadającą widzom o malarstwie i o życiu…

Obraz

Obraz, a więc DZIEŁO. Krytyka jest wobec dzieła bezradna. Komentarz, czy recenzja mogą i powinny je przybliżać bazując na wiedzy porównawczej, interpretować, w żadnym razie jednak „wyjaśniać”. Niezwykle trudno jest też dzieło „ocenić”, bo wówczas przyjąć trzeba jakieś kryteria. Kompozycja „dzieła”, jak pisał Kandynski3, jest „sumą niezbędnych napięć”. Trudno o kryterium bardziej poetyckie i mniej precyzyjne. Otóż te napięcia w dziele istnieją, bądź ich w nim nie ma. Jest sprawą wrażliwości je odkryć, zobaczyć. To ogólnikowe, zarazem genialnie zwięzłe sformułowanie jest dla mnie podstawowym kryterium estetycznym we współczesnym malarstwie. Zupełnie nie przekonuje mnie kryterium „odkrywczości”, czy „nowości”, bowiem sztuka się rozwija, jednakże nie można w jej przypadku mówić o postępie.

Nie sposób wielowątkową twórczość Andrzeja Fogtta ogarnąć w tekście przeznaczonym do katalogu. To analityczne zadanie spełni się zapewne w obszernej monografii, która ten dorobek usystematyzuje i ujmie w konteksty. Moje refleksje są wyrazem admiracji jego sztuki z punktu widzenia kogoś, kto przez znaczną część życia stoi obok, obserwuje ją od samych początków z fascynacją i podziwem.

Nie wszystko, co napisano jest literaturą, nie każde wyobrażenie plastyczne malarstwem. Jerzy Nowosielski wyznawał pogląd, iż każde prawdziwe dzieło sztuki malarskiej zawiera przekaz idei abstrakcyjnej dotyczącej kondycji człowieka, jego doli, sensu istnienia i w tym znaczeniu jest „ikoną”4.

W malarstwie Andrzeja Fogtta dostrzegam metafizyczny porządek, przesądzający o włączeniu go w ten obszar.

Andrzej Fogtt dojrzewał artystycznie w poznańskiej PWSSP5, studiując malarstwo w pracowni profesora Zdzisława Kępińskiego. W latach sześćdziesiątych XX wieku panował w tej uczelni duch tzw. „Nowej Figuracji”, który orientował się w opozycji do obecnej w niej jeszcze tradycji Kapistów z jednej strony, z drugiej zaś, w swej mrocznej, nieostrej i dynamicznej formie, kierował się ku egzystencjalnym ruchom niepokojącym Europę tamtych lat. W Polsce nurt ten stwarzał dodatkową przestrzeń kontestacji politycznej, realizującej się w wyobrażeniach człowieka – jednostki uwikłanej, wręcz spętanej siecią zależności, niemożności, tragicznej niemocy. Był to oczywiście jeden z (ostatnich?) wątków surrealizmu, w poznańskiej uczelni artystycznej obecny do połowy lat siedemdziesiątych a nawet dłużej.

Nurt ten, realizowany i propagowany w pracowniach malarskich profesorów Zdzisława Kępińskiego i Stanisława Teisseyre’a, miał opozycyjne alternatywy. W pracowniach profesora Eustachego Wasilkowskiego czy Andrzeja Kurzawskiego ciągle silna była tradycja kapistowska, niezwykle malarska, budująca obraz światłem i kolorem, profesor Tadeusz Brzozowski – członek Grupy Krakowskiej – skłaniał się zaś ku abstrakcji, nie rezygnując wszakże z bogatej materii malarskiej.

Istniała więc dość rozległa paleta ofert artystycznych i sądzę, że wybór pracowni i promotora był dla Andrzeja Fogtta aktem istotnym i w pełni świadomym. Człowiek, człowiek uwikłany w egzystencjalną zagadkę, człowiek funkcjonujący w społeczeństwie, tkwiący w pajęczynie uzależnień, pozostaje w jego twórczości ciągle powracającym tematem.

W pierwszym okresie samodzielnej twórczości Artysta starał się wyzwolić z pęt stylistyki wyniesionej z pracowni, dodajmy: stylistyki nie pierwszej świeżości. Nie były to jednak czcze poszukiwania oryginalności, zastąpienia jednej konwencji inną. To było otwarcie na świat i spojrzenie w głąb siebie w dojrzałym przekonaniu, że sztuka, kreując nową rzeczywistość, dotyka istoty wszechrzeczy i wszechświata, istoty bytu. Andrzej Fogtt docieka więc owego porządku szukając dla niego formy. Ta forma zmieniając się nieustannie szczęśliwie nie stała się nigdy kanonem, wszelako jest rozpoznawalna w niewypowiedziany sposób.

Dociekania Artysty układają się w cykle drążące rzeczywistość z wielu stron. Sztuka Andrzeja Fogtta jest spontaniczna i żywiołowa, choć Artysta pracuje w skupieniu i wielkiej koncentracji. Stawia plamy, które – podobnie jak w trudnej technice akwarelowej – nie podlegają żadnym korektom. Stawia je pewną ręką, jakby wypowiadał znane słowa wieszcza o „giętkości języka” posłusznego „głowie”. To jest alfabet, który Artysta opanował perfekcyjnie, bo wówczas w szkołach artystycznych uczono jeszcze alfabetu…

Nieprzypadkowo jednym z pierwszych wielkich cykli Artysty były prezentowane między innymi na Biennale w Wenecji „Żywioły”. W tym cyklu obecna jest owa „postać”, o której pisałem wcześniej, kafkowskie alter ego, postać usiłująca rozpaczliwie wniknąć we wszechświat, wznieść się w przestrzeń lub stać się jej cząstką rozpływając się w ruchu materii. Artysta nie zawahał się zatytułować jednej z prezentacji „Żywiołem opętanie”.

Innym wielkim cyklem są „Obrazy energetyczne”, w których energia istnieje realnie, w postaci magnesów formujących pola działań. Spotkały się w nim dwie intuicje – artystyczna i naukowa, o czym wspomniałem na początku mego wywodu.

W ostatnim okresie Artysta realizuje dwa wielkie cykle: „Portrety” i „Pejzaże”.

Cykl „Portrety” nabrał usystematyzowanego i metodycznego wyrazu choć, jak wspomniałem wyżej, postać – człowiek był zawsze przedmiotem jego zainteresowania. Naprędce kreślone ołówkiem lub piórkiem szkice  portretowe pamiętam z okresu studiów. Andrzej rysował je w wielkiej emocji gwałtownie notując twarze, gesty, sytuacje. Rysował na czymkolwiek, co było pod ręką – do dziś zachowałem spory zbiorek serwetek kawiarnianych z podobiznami przyjaciół i profesorów. Andrzej namiętnie studiował oryginalną fizjonomię profesora Zdzisława Kępińskiego dochodząc do absolutnej perfekcji – kreślił go w końcu jedną, ciągłą linią, nie odrywając narzędzia od kartki. Te portrety były wyrazem wnikliwej obserwacji i emocji – do każdej z portretowanych postaci miał i ma emocjonalny stosunek.

Współczesne portrety realizowane przez Andrzeja Fogtta nie mają precedensu. Syntetyczne,

rozmalowane lub realizowane w konwencji graficznej, przedstawiają przyjaciół Artysty, ale też postaci, które w różnych okresach i okolicznościach wpłynęły na jego życie, w tym Wielkich Nieobecnych – mistrzów dawnego i współczesnego malarstwa, począwszy od Rembrandta van Rijn. Wśród portretowanych są też poeci, pisarze, aktorzy, filmowcy, ujęci w zbiór pt. „Artyści”, jak też ludzie wielu innych profesji. Cykl liczy już kilkaset portretów i jest ciągle kontynuowany. Artysta tworzy w ten sposób pole dialogu, wypełniając je sobą i przywołanymi postaciami.

Pejzaże Andrzeja Fogtta choć naturą inspirowane nie są zindywidualizowanymi studiami – są nową rzeczywistością, stanowią kontynuację poszukiwań porządku wszechrzeczy. Kuraszewo staje się kosmosem i istnieje w kosmosie, w którym tkwią tajemne czarne dziury… Ten porządek odnajduje Artysta w płynącej rzece, wodospadzie, ścianie lasu. Jest to porządek metafizyczny, w nieustannym ruchu, którego energia jest tchnieniem Nieznanego.

Życie

„Malarstwa sztalugowego wyuczam”

Od dawna chciałem napisać coś o Andrzeju. Kiedy o tym myślałem fakty, nastroje, problemy, a w ślad za nimi teksty przychodziły same, tłoczyły się utrudniając zapamiętanie i zapisanie. Kiedy staję przed koniecznością tego napisania, przynaglony terminem, świadom odpowiedzialności za komentarz do cudzego życia i dzieła, odczuwam nieśmiałość graniczącą z bezradnością.

Żaden z nas nie pamięta kiedy się poznaliśmy. Ja zacząłem studia w PWSSP w 1970 roku, kiedy Andrzej od roku był już studentem malarstwa. W tamtych czasach w tej niewielkiej, liczącej około stu studentów uczelni, wszyscy się znaliśmy z widzenia, spotykali na korytarzach, w galeriach i w klubie „Dno”, wyłączonym właściwie spod jurysdykcji władz Uczelni. Nasza przyjaźń była jednak wynikiem impulsu, kiedy to poczuliśmy duchową wspólnotę wobec nieznanego, które było przed nami. We wrześniu 1971 roku odbywaliśmy obowiązkowe, tzw. „praktyki robotnicze” w chrośnickich lasach pod Zbąszyniem w Wielkopolsce. Mieszkaliśmy w wojskowych namiotach, warunki bytowe były surowe, nawet uciążliwe, jednak wymiar romantycznej przygody – metafizyczny. To były czasy Edwarda Stachury i jego „Siekierezady”, którą realizowaliśmy praktycznie, pracując jako robotnicy leśni. W Zbąszyniu oglądaliśmy spektakl siłacza Aldonioniego, ucznia przedwojennego w tej dziedzinie mistrza – Zbyszka Cyganiewicza, który z pięciocalowych gwoździ zrobił w dłoniach rodzaj broszki i na kilkumetrowym kawałku szyny dźwigał ośmiu mężczyzn. Wspominam to nie bez powodu. Dobrze zapamiętałem szacunek Andrzeja dla cudzej pracy, umiejętności, mistrzostwa i wyjątkowości. Któregoś wieczoru siedząc na pryczy w pełnym kolegów namiocie grałem na gitarze nucąc poetyckie strofy a Andrzej rysował. Narysował też mnie, grającego, i dostrzegłem intensywność tego rysowania. Rozpoczynał kolejny szkic nie kończąc poprzedniego, jakby w wielkim pośpiechu, impulsywnie. Rysując komentował zdarzenia, opowiadał atmosferę i to, co odczuwał. Zauważyłem to i zrozumiałem ten imperatyw z podziwem. Powiedziałem mu o tym i o szkicach, że są dobre. On pochwalił mnie za grę na gitarze i tak zostało między nami – Andrzej stał się wielkim malarzem, ja nie zostałem wielkim gitarzystą…

Okazało się później, że Andrzej szuka pracowni, naprzeciw mojej zaś był wolny lokal.  Zamieszkaliśmy drzwi w drzwi na poddaszu domu przy ul. Biedrzyckiego 14 na poznańskim Górczynie i trwało to prawie dwa lata. To tam, przy ulicy po której wlokły się konne zaprzęgi, a woźnice głośno reklamowali swe usługi („pyrki sprzedajeee!”, „szmaty kupujee!”), chcąc zarobić na utrzymanie, Andrzej wywiesił szyld „Malarstwa sztalugowego wyuczam”, na który niestety nikt nie zareagował…

To był okres niezwykle intensywny artystycznie, ale i towarzysko. Połączyła nas, mimo różnic charakterów i osobowości, wielka pasja i radość uprawiania sztuki. Sztuka w swej wielowymiarowości, metafizycznym przesłaniu i wymiarze, była prawie wyłącznym tematem naszych rozmów. Wiele czytaliśmy i odkrywali dla siebie wzajemnie kolejne obszary przeżyć. Literatura, teatr, muzyka, taniec – wszystko to kotłowało się w tamtych czasach na najwyższym, światowym poziomie. Czytaliśmy Kafkę, Dürrenmatta, Geneta, modnych wówczas pisarzy ibero – amerykańskich, Mandelsztama i Achmatową, oglądaliśmy spektakle Kantora, Grotowskiego, słynny „The Living Theater”, który podczas światowego tourné zabłąkał się aż do Poznania, awangardowy teatr japoński i pełne buntu i poezji spektakle Mądzika. Działał wówczas w Poznaniu słynny Polski Teatr Tańca – Balet Poznański pod dyrekcją Konrada Drzewieckiego, którego kolejne spektakle budziły entuzjazm nowatorstwem  choreografii. Słuchaliśmy muzyki – Andrzej raczej poważnej, ja – ciężkiego rocka i jazzu. Chłonęliśmy pierwsze autorskie wystawy monograficzne w Muzeum Narodowym – Jana Berdyszaka, Tadeusza Brzozowskiego, Antoniego Zydronia, Stanisława Teisseyre’a, naszego rektora, poddając je oczywiście bezkompromisowej krytyce. To było przełamanie pewnego tabu – wcześniej nie było do pomyślenia by artysta żyjący mógł wystawić swe dzieła w muzeum…

Przede wszystkim zaś rozmawialiśmy. W rzeczywistości PRL – u, w latach 60 – tych i 70 – tych, sztuka, szczególnie czynne w niej uczestnictwo, to był azyl wolności. Cenzura instytucjonalna zajmowała się głównie słowem pisanym, choć i wystawy poddane były procedurom „dopuszczającym”. Uczelnia i środowisko z nią związane to był inny świat. Mieliśmy kontakt ze studentami z Zachodu – Amerykanami, Brytyjczykami, Holendrami, Hiszpanami – zwabionymi magicznymi nazwiskami prof. Abakanowicz, Waldemara Świerzego i innych Mistrzów.

Andrzej jako specjalność dodatkową wybrał tkaninę artystyczną i studiował ją w Pracowni Tkaniny prof. Magdaleny Abakanowicz. Pewnego wieczoru, obserwując moje ręce podczas gry na gitarze, wpadł na pomysł by zrealizować przestrzenną tkaninę – 3 metrową rzeźbę z sizalu przedstawiającą dłoń zaciśniętą w pięść. Tak powstała praca zatytułowana „Ręka stara jak Świat” – dzieło przełomowe, w perspektywie minionego czasu stwierdzić można, że kluczowe dla jego twórcy. Po pierwsze dlatego, że było jedną z pierwszych, jeśli nie pierwszą realizacją artystyczną w Polsce, którą określić można jako hiperrealistyczną, co ważniejsze jednak, struktura materii dzieła zainspirowała Autora do wykorzystania jej siły wyrazu w rozwiązaniach malarskich. Jeśli szukamy źródeł cyklu „Żywioły” to znajdziemy je wprost w owianej legendą „Ręce”. Andrzej zaprezentował ją na wystawie kończącej rok akademicki w czerwcu 1973 roku. Podczas wystawy stalowa konstrukcja pracy została poważnie zdeformowana a próba jej naprawy w uczelnianym warsztacie zakończyła się pożarem. Spłonęło materialne dzieło – pozostała dokumentacja, a co ważniejsze – idea…

Tkanina jako technika artystyczna była dla Andrzeja istotnym dopełnieniem doświadczeń malarskich. Realizacje wymagały cierpliwej, wielomiesięcznej pracy a Artysta już wówczas miał skłonność do monumentalnej skali. Sądzę, że ta benedyktyńska praca w pewien sposób łagodziła jego impulsywny temperament, uczyła go cierpliwości i skupienia. W czasie poprzedzającym realizację „Ręki” powstała niezwykle piękna koncepcja przestrzennej realizacji w technice makrama, ocalona w szkicu zatytułowanym „Rodzina”. Z przyczyn pozaartystycznych nie doszło do jej realizacji.

Wkrótce po skończeniu studiów Andrzej wyjechał do Warszawy i tam osiadł, jak się okazało, na stałe. Zawsze chętnie odwiedzałem Andrzeja a on chętnie udzielał mi gościny. Te wizyty bardzo mnie inspirowały. W kolejnych pracowniach Andrzeja czułem ogromną energię, bezkompromisową wolę działania i pasję tworzenia. Pod ścianami stały dziesiątki nowych obrazów, które chętnie mi pokazywał, a ja – zawsze zaskoczony – chłonąłem piękno, które wedle Dostojewskiego zbawi świat. „Piękno jest rzeczą trudną” mówił Platon a Andrzej nie wahał się z trudnościami mierzyć. Piękno – niemodne, wstydliwe, czy nawet pejoratywne dziś określenie zawsze nas łączyło i tak do dziś pozostaje.

Andrzej wraca do Poznania, w którym dorastał, w którym ciągle lubi parę rzeczy, choć to miasto go nie docenia. Ostatnia jego wystawa miała tu miejsce jeszcze w XX wieku…

Jeśli szukacie Państwo i pragniecie piękna, z niego zaś dobra i prawdy, kontemplujcie i chłońcie obrazy Andrzeja Fogtta – wielkiego Artysty, Wielkiego Mistrza malarskiego rzemiosła.

                                                                                                      Janusz Stankowski